Dawno temu, niemal na samym początku blogowania,
pokazywałam jak wyglądał wówczas mój typowy poranek. Teraz
to zupełnie inna historia pod wieloma względami. Pozwólcie, że wyjaśnię
podstawy dla tych, dla których ten post jest pierwszym, jaki czytają na moim
blogu. Wszystkie te sprawy w dużym stopniu wpływają na moją organizację
dnia. A zatem...
Mieszkam w Polsce, w centrum dużego miasta. Jestem
samotną mamą dwóch chłopców. Pracuję zawodowo, a biura firmy, w której pracuję
są na drugim końcu miasta. W codziennych sprawach mam duże wsparcie moich dwóch
fantastycznych Mam: jednej rodzonej i jednej nabytej przez małżeństwo. Syn B
kończy właśnie przedszkole położone blisko naszego mieszkania. Natomiast Syn A
chodzi do szkoły dość daleko od domu, ale nadal w ścisłym centrum miasta.
Ewentualny dojazd tramwajem wymagałby przesiadki i długiego spaceru do
przystanku, dlatego podwożę go samochodem w drodze do pracy.
Czy faktycznie trzeba mieć spis swoich codziennych
zajęć? Nie. Nie trzeba. Ale warto to zrobić.
Po pierwsze, kiedy życie biegnie do przodu, stajemy na
czubkach palców, żeby wypełniać wszystkie obowiązki. Do i tak napiętego planu
dokładamy kolejne punkty, często wciskając niemal na siłę. Jednocześnie nie
zawsze mamy motywację żeby zaplanować swoje działania, a niestety działanie bez
planu jest dość ryzykowne. Kiedyś zmusiłam się zapisania punkt po punkcie co
robię. Zapisałam pełną kartkę i odłożyłam na kilka dni. Potem, co chwilę przypominało
mi się, że muszę dopisać jeszcze i to i to i tamto. Kiedy zobaczyłam tę
długaśną listę to mnie zamurowało. Zaczęłam przyglądać się krytycznie całemu
planowi dnia i okazało się, że bez wątpienie mogłabym to lepiej zorganizować. W
kilku miejscach miałam taki zator, że nie było ludzkiej siły żebym dała radę ze
wszystkim zdążyć, a mnie się wydawało, że muszę postarać się bardziej.
Tymczasem to wcale nie była moja wina! Musiałabym być jakaś Wonder Woman, żeby
podołać wszystkiemu. Zaczęłam zastanawiać się, co mogę przesunąć na inna porę,
co mogę robić symultanicznie, a co wymaga całkowitego skupienia.
Z tym jest podobnie jak z robieniem porządku w
finansach - najpierw trzeba spisywać wszystkie wydatki, dopiero później można
skutecznie szukać oszczędności.
Jeśli masz wrażenie, że od rana do wieczora nie masz
nawet sekundy dla siebie, a otoczenie (mąż, siostra, lub nawet Twoja największa
krytykantka, czyli TY sama) twierdzi, ze przesadzasz, to spisz sobie co robisz.
Dopiero na papierze, czarno na białym, zobaczysz i
pokażesz wszystkim niedowiarkom, jak wygląda Twój dzień i z czym się zmagasz.
Zobacz jak to wygląda u mnie, a potem zrób swój
rozkład jazdy. Obecny schemat wypracowuję mniej więcej od września 2014 roku,
czyli od momentu, gdy zostaliśmy sami.
PORANEK
05:40 pobudka
05:50 druga pobudka, jeśli pierwsza nie podziałała
05:52 jeszcze na śpiku wyjmuję z lodówki masło do kanapek
05:53 idę pod prysznic: myję włosy, nakładam odżywkę, myję
zęby
06:03 rozczesuję włosy, wgniatam piankę, nakładam krem na
twarz i balsam do ciała + dezodorant
06:09 odsuwam chłopcom zasłony w pokoju i idę połknąć
witaminy. Ze względu na alergię nie mogę jeść żadnego nabiału, wiec regularnie
łykam wapń i olej z rekina.
06:10 przygotowuję jedzenie dla siebie do pracy i do szkoły
dla Syna B
06:20 rozładowuję zmywarkę
06:25 zaczynam przygotowywać śniadanie dla chłopców, jeśli
ma być na ciepło (wstawiam wodę na herbatę, gotuję owsiankę, włączam wodę na
jajka)
06:29 włączam telewizor, wybierając na program z
bajkami, i ustawiam go nieco głośniej niż trzeba, żeby coś zachęcało ich do
opuszczenia ciepłego łóżka
06:30 budzę chłopców
06:35 daję im śniadanie i ubieram się, kiedy jej jedzą
06:45 wyłączam telewizję (ignorując protestujących) i
chłopcy idą myć zęby. W tym czasie ja się maluję zakładam biżuterię, perfumuję
itd
06:50 chłopcy się ubierają. Syn B jest czasem tak bardzo nie
w sosie, że muszę go czynnie wspomóc w tym ubieraniu. Syn A pakuje śniadanie do
plecaka, a Syn B zaczyna zakładać buty i całą resztę.
07:05 jesteśmy gotowi do wyjścia
07:15 Syn B jest w przedszkolu - zmiana kapci, całusy,
uściski, machania
07:25-30 wskakujemy z Synem A do samochodu, żeby odwieźć go do
szkoły.
07:50 wysadzam Syna A pod szkołą
08:05-10 jestem w pracy w pracy (wliczając w to szukanie
miejsca do zaparkowania). Włączam laptopa i idę sobie zrobić kawę. Odpowiadam
na najważniejsze maile i równocześnie jem śniadanie - zwykle kanapkę i jakąś
sałatę lub jarmuż z winegretem.
POPOŁUDNIE
13.00 odgrzewam w mikrofali obiad, który ze sobą
przyniosłam - zupę lub resztki z obiadu z poprzedniego dnia albo np. kaszę z
warzywami.
15.00 jem jakiś owoc: jabłko, banana, winogrona lub
pomarańczę - uprzednio obraną i pokrojoną na małe kawałki, żeby można było
wygodnie jeść przy pracy (widelcem, bo od soku mam cała klawiaturę ubabraną)
16:10 -17:30 w zależności od dnia i nawału roboty,
wychodzę z pracy
16:50-18:20 docieram do domu - konkretna godzina zależy od tego, o
której dokładnie wyjdę, jakie są korki, czy robię jeszcze zakupy po
drodze (zwykle we wtorki i czwartki) i co mam jeszcze w planach
Do tego czasu chłopcy wrócili już ze
szkoły/przedszkola i są z Babciami, które dają im obiad, albo kończą
właśnie zajęcia dodatkowe. Do Syna A raz w tygodniu przychodzą nauczycielki
angielskiego i niemieckiego - dzięki temu omijam rafę w postaci dowożenia na te
zajęcia. Cena za lekcje i gotowość przychodzenia do nas do domu, to były moje
priorytety w wyborze nauczycieli. Jeśli to piątek lub środa, to na 18:15
Syn A ma trening piłkarski. Zwykle we środy zabierają go jednak sąsiedzi,
których syn też gra w tym samym klubie. W piątki jeżdżę ja. Syn B chodzi na
aikido, a raz w tygodniu wraca późno z basenu, na których jest dowożony przez
przedszkole. Od maja zacznie jednak jeszcze treningi piłkarskie, ale niestety
będzie zaczynał o godzinę wcześniej niż Syn B. Będę wiec musiała robić tak:
zawożę Syna B na 17:00 i wracam po Syna A, który w tym czasie kończy robić
lekcje. Syn B kończy trening i czekamy półtorej godziny na Syna A. Jeśli we
środy sąsiedzi będą zawozić syna A, to zostanie mi już do obsłużenia tylko Syn
B. Do lipca chyba nie zdechnę, a od września zobaczymy jak będzie.
18:30 -19:30 jeśli nie ma treningu, to w tym czasie kończę
sprawdzam lekcje Synowi A lub pomagam mu, jeśli trzeba. Najczęściej
jednak zaczyna je odrabiać jeszcze przed moim powrotem, a któraś Babć pilnuje
go przy tym żelazną ręką, więc zwykle nie zostaje nam dużo do zrobienia.
WIECZÓR
19:30- 20:30 zależy czy jesteśmy na treningu czy nie, ale zwykle o tej porze
jemy kolację. Mamy chwilę, żeby podgadać o tym, co się u kogo wydarzyło w ciągu
dnia. To jest też moment, w którym bierzemy witaminy i wapń (wszyscy jesteśmy alergikami
pokarmowymi i musimy uzupełniać braki) albo leki na alergie (głównie Syn B).
20:00 chłopcy biorą prysznic, a ja pakuję i włączam
zmywarkę oraz ewentualnie nastawiam pranie
20:15 kierunek spanie. Czytam im głośno albo słuchamy bajki
na płycie albo gadamy, jeśli tematów nadal jest sporo.
21.00 szykuję ubrania na kolejny dzień, pakuję coś sobie na
obiad do pracy i zwykle jeszcze rozwieszam pranie. Pobieżnie ogarniam kuchnię i
łazienkę - wycieram blaty, myję zlew i umywalkę, przelatuję szczotką toaletę.
Wypełniam jakieś papiery do szkoły Syna A, robię przelewy itp. Bywa, że olewam
to wszystko i tylko oglądam coś wielce rozwijającego na TLC.
22.30 biorę prysznic. Potem jeszcze chwilę serfuje po necie
lub doglądam bloga. Często sprawdzam służbowe maile, żeby mieć w głowie jakiś
plan następnego dnia. Jak najszybciej idę jednak spać albo raczej tracę
przytomność - rano nigdy nie jestem pewna, co się faktycznie stało.
UWAGI NA MARGINESIE:
Bardzo, bardzo tęsknię za czasami, kiedy miałam dla
chłopców cały dzień. Wiedziałam o nich wszystko, towarzyszyłam im we wszystkich
ważnych i nieważnych momentach. Teraz mam wrażenie, że wyłapuję jedynie jakieś
marny ułamek ich życia.
Gdybym nie pomoc Mamy i Teściowej musiałabym zatrudnić
nianię, która odbierałaby chłopaków ze szkoły, odgrzewała im obiad i pilnowała
odrabiania lekcji.
Ewidentnie brakuje mi w grafiku miejsca na jakiś
sport. Problem polega na tym, że obecnie chłopcy potrzebują mnie na 200% i mam
wyrzuty sumienia, jeśli spędzam poza domem, choć godzinę, na czymś innym niż
praca zarobkowa. Możliwe, że jeszcze przed wakacjami moja firma zmieni siedzibę
na nieco bardziej ą-ę i wtedy będę mogła iść na siłownię zaraz po pracy,
chociaż na pół godziny.
Czy
kiedykolwiek spisywałyście szczegółowo swój rozkład jazdy na typowy dzień?
Jeśli nie to spróbujcie i dajcie znać, co wam się w związku z tym nasunęło.

Prócz tego, że staram się codziennie wstawać o podobnej porze (najczęściej 5:30) to każdy mój dzień to inne godziny pracy, inne obowiązki - ciężko byłoby mi to tak zgrabnie i sensownie spisać, jak udało się Tobie. Niemniej dzięki za ten wpis - zachęca do przemyśleń.
OdpowiedzUsuńJednego tylko nie podzielam i aż się zdziwiłam jak to przeczytałam - czytasz służbowe maile przed snem? Nie dałabym rady po czymś takim spokojnie zasnąć ;)
Zwrotka, spisanie tego w jakąś sensowna całość, która ktoś postronny mógłby przeczytać trochę mi zajęło ;)
UsuńCo do maili to fakt, co jakiś cas trafia się taki który wybija mnie ze snu na dłuższy czas, ale jakoś nie potrafię z tego zrezygnować. bardziej chyba stresuje mniee przychodzenie do pracy bez ogólnego zarysu dnia.
Mnie jednak wydaje się, że bardziej wydajne jest - i ja tak robię - poświęcenie ostatnich 15 minut pracy na zaplanowanie następnego dnia. Jest to coś, co robię w ramach świadczonego pracodawcy stosunku pracy, w godzinach pracy, a dzięki temu wiem, co mam zrobić jutro, a gdyby (tfu tfu) okazało się nagle, że o czymś megaistotnym zapomniałam, zawsze mogę wieczorem zaplanować dodatkową godzinę nad laptopem (np. nieprzygotowana jeszcze prezentacja), a gdybym sprawdziła mail wieczorem i wtedy zorientowałabym się... oj, byłoby krucho...
UsuńJeśli chodzi o to, co robię, to: sprawdzam kalendarz na dzień następny, po czym wrzucam do niego bloki rezerwujące mój czas na konkretne sprawy, według maili lub nadchodzących wydarzeń/spotkań (np. godzina na przygotowanie prezentacji za dwa dni, dwie godziny na przygotowanie do rozmowy z przełożonym na konkretny temat, etc). Ponieważ w mojej firmie posługujemy się wszyscy kalendarzem outlooka i systemem "dostępny/niedostępny", staram się mieć nie więcej niż 3h i nie mniej niż 1h wolnego w kalendarzu codziennie, aby inni mogli mi wrzucać spotkania (kiedyś tak nie miałam, i ludzie rezerwowali mój czas w kalendarzu wręcz patologicznie).
Polecam wykorzystanie na to czasu pracy :)
Bardzo dobry sposób na zauważenie gdzie marnuje się czas, a gdzie daje się sobie tego czasu za mało- mnie właśnie takie refleksje uderzyły. W niektórych miejscach w ciągu dnia marnuję czas, np dojazdy gdzie mogłabym np coś poczytać , napisać, wypełnić, pouczyć się a za to wieczory mam bardzo zawalone.
OdpowiedzUsuńFajna sprawa żeby popatrzeć na siebie tak jakby troszkę z boku, jako osoba trzecia :)
Marta, nosiłam się z tym postem parę tygodni, bo mi się wydawało, ze czytanie opisu dnia jakiejś obcej osoby będzie nudne. Ale miałam właśnie nadzieje, ze moze ktoś spojrzy na swój dzień w taki sposób o jakim mówisz. Dzięki.
UsuńJak ja Cię podziwiam.
OdpowiedzUsuńDanusia YZ, nie masz za co. Przypuszczam, ze w ogólnym rozrachunku jesteś tak samo zajęta i ogarnięta, tylko nie gadasz o tym tyle co ja ;)
UsuńŚciskam
Witaj, Aniu!
OdpowiedzUsuńBardzo się cieszę, że jest Cię coraz więcej dla nas ;)
Jesteś cholernie zorganizowana- Tak Ci tego (pozytywnie ) zazdroszczę…
U mnie z tym spisywaniem to tak było za panienkę ;)
Teraz we własnym domu z 2 dz, przy czym to pierwsze to ADHD… to totalna partyzantka…
Wystarczy, że ADHD ma swoją wizję dzisiejszego dnia i wszystko obraca się w pył…
Pozdrawiam,
Andziulka
Andziulka, ja też sie cieszę, bo przez pewien czas myślałam, ze nie dam rady, ale czasem wchodziłam na bloga i okazywało się, ze ludzie tacy jak Ty, stale tu zaglądają. To było bardzo budujące. I wzruszające.
UsuńZ tego co piszesz, to bardzo ciężko cokolwiek ci zaplanować. Rozumiem, że ile Ci się uda załatwić w tych lepszych momentach, musi wystarczyć na całą resztę? Domyślam się, ze każdy dzień potrafi Cię wyczerpać do dna. Jakoś to odreagowujesz? Ściskam.
Witaj Aniu,
OdpowiedzUsuńKiedyś próbowałam zapisywać każdy dzień, jednak teraz cały plan na następny dzień staram się mieć w pamięci (z niewielką pomocą kalendarza). Mam trójkę dzieci: córeczka chodzi do II klasy, Jaś kończy w tym roku przedszkole a Mati w ubiegłym roku rozpoczął swoją przygodę z przedszkolem. Dodatkowe zajęcia czasami wykańczają: Jaś chodzi na basen i na balet, Julia na basen i angielski. Całe szczęście dla Matiego jak na razie wystarczają wspólne z nami podróże przy rozwożeniu rodzeństwa.
Życzę Ci wytrwałości i przede wszystkim siły w realizacji planów każdego dnia.
Uśmiechaj się jak najczęściej, to naprawdę pomaga.
Wiola z Białegostoku.
Wiola ja nie robie sobie takiego szczegółowego planu każdego kolejnego dnia, ale chciałam zobaczyć jak faktycznie taki mój typowy dzień wygląda, bo ciągle miałam jakieś braki, coś zawsze nie było załatwione. To spisanie uświadomiło mi, że wcale nie jest tak źle. Robię dużo i więcej na tym etapie nie dam rady i koniec. Trudno.
UsuńWiem, że trójka dzieci to urwanie głowy, ale i tak Ci zazdroszczę. Zawsze myślałam, ze będę mamą takiej trójeczki!
Ściskam.
Hej! Niesamowite jest to, co napisałaś. Nigdy tak drobiazgowo nie zastanawiałam się nad swoim dniem, ale chyba nadszedł na to czas... Dziękuję za inspiracje - nie tylko tę, ale też te, które czerpię z Twojego bloga od pewnego czasu, choć się nie ujawniałam. Życzę siły...
OdpowiedzUsuńElwidu, ciesze sie, że się odezwałaś, to dla mnie naprawdę ważne wiedzieć, ze ktoś jest po drugiej stronie. Dziękuję.
UsuńSpróbuj spisać swój dzień, Zdziwisz się pewnie jak dużo robisz.
Trzymam za Ciebie kciuki... trudno jest samej... Pięknie masz to wszystko zaplanowane! a mi się wydawało, że ja mam napięty plan dnia... ;-)
OdpowiedzUsuńystin, dzięki że nadal jesteś.
UsuńA znasz bloga Pani Swojego Czasu?
OdpowiedzUsuńNie, ale zaraz poznam :)
Usuńpatrząc na twoją rozpiskę dotarło do mnie ile czasu ucieka mi między palcami, ja nie pracuje zajmuje się dwójką dzieci domem i ogrodem i zdarza mi się narzekać na brak czasu, ale teraz widzę że nie wiem co mówię. Podziwiam twoją organizację. Pozdrawiam Cię serdecznie - Beata
OdpowiedzUsuńBeata, idę o zakład, ze jak spiszesz (ale tak uczciwie) wszystko co robisz, to okaże się ze w jednej dobie upychasz 48-72 godzin. Mamy niepracujące tak właśnie mają. Pokaż potem mężowi ten swój plan dnia. Włosy mu się zjeżą na głowie, gwarantuję.
UsuńSciskam.
Jezu, podziwiam...ale żyć tak co do minuty, bez luzu, chyba bym nie mogła....Nie mniej jednak gratuluję i pozdrawiam. Buba
OdpowiedzUsuńBuba, kobieto! Ja nie żyje co do minuty! Gdyby tak było musiałabym chyba zmienić leki;) Mam zamiast tego taki ogólny plan, co musi nastąpić żeby mogło się zadziać coś innego. Zrobiłam ten spis, bo wydawało mi się, że czas mu ucieka nie wiadomo gdzie. Okazało się, że to jednak nie jest tak. Ten spis uświadomił mi, że czasem już nie da się zrobić więcej i trzeba się z tym pogodzić.
Usuńani
OdpowiedzUsuńAniu,podziwi
Aniu,chapeau bas,po prostu...
Czytam Twojego bloga od jakiegos czasu i
jestem pod wrazeniem hartu i
pogody ducha,dowcipu,wiedzy na rozne
tematy...
czekam na nowe posty.niecierpliwie.
Twój komentarz, jest jak czułe pogłaskanie po głowie. Bardzo dziękuję!
UsuńMuszę przyznać że mój dzień wygląda bardzo podobnie |(też wychowuję sama syna - jednego bo mąż zginął w wypadku) pomoc mojej mamy jest tutaj nieoceniona. Wybrałam szkołę która nie jest najbliżej ale nigdy do tej pory nie żałowałam tej decyzji (syn jest w 3 kl.), ja dojeżdżam do pracy 50 km ale tej decyzji również nie żałuję (zajmuje mi to ok. 40 min). Syna odbiera mama i obiady też gotuje. Mam również wyrzuty sumienia związane z wychodnym na sport (choć chciałabym bardzo) i kupiłam sobie orbitreka i to jest strzał w 10 - ćwiczę i oglądam TLC (wiem, wiem ambitny program to to nie jest ale o 19-20 potrzebuję odmóżdżenia) to dobry zakup i go nie żałuję (acha i światnie sprawdza się jako suszarka do prześcieradeł z gumką;-)
OdpowiedzUsuńJoasiu, widzę że mamy wiele wspólnego. Dziękuję, ze napisałaś o sobie. dobrze jest spotkać kogoś, kto boksuje się z podobnymi problemami.
UsuńSciskam,
U nas sa trzy budziki-5:55, wylaczam, przytulam sie do meza, 6:05-wylaczam, maz przytula sie do mnie, 6:15- budzenie skuteczne;) pozdrawiam, Zuza
OdpowiedzUsuńBądź silna i nie daj się! Może jeszcze kiedyś zostaniesz mamą trójeczki? :) Życie jest przed Tobą, jesteś młoda i bardzo zorganizowana, głowa do góry! Pozdrawiam, D.
OdpowiedzUsuńCześć. Publikuję tu mój pierwszy komentarz i właściwie jeden z pierwszych w ogóle, w całej blogosferze. Chciałabym napisać, że choć znam cię tylko wirtualnie, to mimo wszystko z jakmiś takim przywiązaniem chętnie i regularnie tu zaglądam. Dzisiaj miałam dziwny dzień, bo mimo iż od jakiegoś czasu zaczytuję się w poradach o zorganizowaniu swojego życia i czasu, to mimo wszystko nie bardzo mi to wychodzi. Wpis twój trochę mnie rozluźnił i tak jakby trochę ze mną pogadał, wyjaśnił parę rzeczy i uspokoił. Bardzo za to dziękuję, mam nadzieję, że dodałam trochę otuchy. Z niecierpliwością cieszę się na kolejne wpisy. - ta mniej zorganizowana :)
OdpowiedzUsuńja mam lepszą metodę. stawiam budzik na górze szafy gdzie aby sięgnąć trzeba wejść na krzesło które trzeba przynieść z kuchni ;) po takim wyczynie już jesteśmy przebudzeni i gotowi do działania!
OdpowiedzUsuńPranie dywanów Bydgoszcz
Bardzo dziękuję Ci za ten drobiazgowy wpis, dużo dał mi do myślenia. Jednej rzeczy jednak nie mogę znaleźć - kiedy gotujesz obiad? Bo rozumiem, że gotujesz, skoro babcie "odgrzewają"... Ja mam z tym największy problem, pewnie po części dlatego, że nie lubię gotować, wręcz nie znoszę :/ A mam trzy dzióbki do wykarmienia ;) Idealnie byłoby przygotować coś wieczorem, ale rzadko mi się udaje. Pozdrawiam i trzymam kciuki, żeby plan zawsze dobrze się realizował :) Kara
OdpowiedzUsuń